W dobrą nowinę wierzę bezkrytycznie.

Nie inaczej było i tym razem.
Pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku Niemcy napadają na Polskę, rozpoczynając tym samym najstraszliwszą tragedię ludzkości. Wybucha Druga Wojna Światowa. Szacuje się, że zginęło bezpośrednio i w wyniku jej następstw siedemdziesiąt milionów ludzi.

Postanowiłem w imię pamięci naszych przodków wypić Brackie i nadarzyła się ku temu sposobność. Żółty Domek, osiedlowy bar, ponownie leje Brackie.
Wczoraj plotka zasłyszana na placu zabaw od sąsiada, który rozmawiał z kolegą pracującym w znanej na całe Księstwo Cieszyńskie hurtowni piwa i napojów, dzisiaj praFda.
Idę. Idę z Salcesonem!
Wziąłem własne szkło. A jaak!
Zielonym krokiem ruszyłem ku żółtości.
Jest!

Coś kolor nie ten, ale chlup w moją pijacką, ale wyrafinowaną mordę.
To nie Brackie! - dodałem naprędce, łyknąwszy uprzednio trunek.
To Brackie - niepewnie odpowiedział wąsaty szynkarz.
To nie BRACKIE!
Wąsacz zbladł - To Brackie Pils... - wydusił.

Poprosiłem o wylanie. Odebrałem kufel i wyszedłem.

W czasie WWII dzięki staraniom ówczesnych pracowników browaru udało się go obronić przed grabieżą najeźdźcy.
Piękne dziedzictwo kultury Ziemi Cieszyńskiej przetrwało i służy kolejnym pokoleniom.
Nie godzi się wznosić toastu za naszych bohaterów żywcem pilsem.
Abyśmy nigdy nie zapomnieli o tym, że to my sami gotujemy, warzymy sobie takie losy, złą historię.
Nigdy więcej!